Wzięłam sztychówkę do ręki i zaczęłam kopać

Jak opętana.
Nie wiem jaki diabeł wszedł we mnie lub jakie anioły dodały mi skrzydeł, ale jak szalona zaczęłam sztychówką zmasakrować ziemię. Bez planu, bez wielkich narzędzi. Tylko sztychówką, motyką i gołymi rękami.
To było zaraz na początku mojego wypalenia zawodowego, które mnie spotkało mieszkając w Krakowie i pracując jeszcze na etacie w wielkiej, zimnej i bezdusznej korporacji.
Więc aby odpocząć psychicznie, stwierdziłam, że biorę sztychówkę do ręki i wyczaruję ogród z tej nieużywanej ziemi, zarośnięta trawą i chwastami, gdzie nigdy jeszcze nic nie było sadzone.
W tej ciężkiej, gliniastej ziemi chciałam się sprawdzić i ratować swoją psychikę.
Wzięłam więc wózek do swojego boku, sztychówką wbiłam w ziemię i motyką ściągnęłam starą darń. Przerzuciłam ją na wózek i pełnego wózka ciągnęłam za sobą pod górkę za działką, gdzie wyrzuciłam tę ziemię. Przestałam liczyć ile razy. Ale zdecydowanie o jeden raz za dużo. Cała rodzina mówiła, że to głupota robić takie coś ręcznie i się niepotrzebnie męczyć, a potem to w ogóle kto miał by się zająć ogródkiem i podlewać rośliny jak ewentualnie by coś wyrosło?
Nie słuchałam tej krytyki i tych wątpliwości i się szczerze nie zastanawiałam, co będzie. Jak miałoby się nie udać, to jedynie co straciłam, to swój czas i parę kalorii. Ale na razie to myślałam tylko o tym, żeby przygotować ziemię na nasiona. W życiu chyba nie byłam tak fokusowana i skoncentrowana na jednej rzeczy, jak wtedy wiosną z wypaleniem zawodowym. W Krakowie chodziłam wtedy do psychiatry, psycholożki, na warsztaty dla kobiet. Wszędzie szukałam ratunku a ratunek okazał się tuż pod moimi stopami w Łużnej.
Naście razy szłam, setki razy wryłam w tę ziemię i było to nieopisalne uczucie, gdy własnymi oczami zobaczyłam, co ja i moje ciało potrafią dokonać. Tylko silna wola i troszkę mięśnie były potrzebne, aby dokonać to, co w głowie sobie wymyśliłam i wymarzyłam. Urzeczywistniłam to. Potężne uczucie, które nam zagubionym daję troszkę odwagi i pewności.

Weekend się już zbliżył do końca, musiałam szybciej pracować, żeby jeszcze zdążyć nasion wsadzić do ziemi. Przerwy prawie nie robiłam, chciałam już widzieć ten efekt mojej pracy, chciałam mieć pewność, że te nasiona będą przykryte ziemią i pod tą kołderką wyrosną mi pyszne warzywa. Cukinie, groszek cukrowy, szpinak, cebula, marchewka, buraki, okra, papryka, rzodkiewka. Zdążyłam.

Trzy dni do upadłego zdzierałam starą darń, wywoziłam ten ciężar wózkiem dziesiątki razy, przekopałam zbitą glebę na nowe grządki, aż wieczorem ruszyć się nie mogłam i to po to, aby na końcu parę nasion opuścić w ziemię z nadzieją, że mimo mojej nieobecności w opuszczonym, rodzinnym domu jakieś warzywka wyrosną, które kiedyś będzie można posmakować. I chyba dziadkowie moi patrzyli jak się napracowałam, bo na koniec pracy, po paru suchych dniach, jak ostatnie ziarnko puściłam w ziemię, zaczęło miłosiernie padać z nieba.

Nie wiem skąd miałam tę siłę i patrząc wstecz nie wierzę, że własnymi rękami z ziemi wydobyłam ogród, w którym miały latem rosnąć jadalne warzywa, ale mocno w to wierzę, że babcia i dziadek duszą swoją byli przy mnie i dodali mi otuchę.

Please follow:
Facebook
Pinterest
Pinterest
Instagram
Twitter
Google+
http://heartandsoil.pl/wzielam-sztychowke-do-reki-i-zaczelam-kopac/
RSS

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *