Wielkie zmiany

Rok się powoli kończy, więc wzięło mnie na refleksję co się tu podziało w 2017 w moim życiu.
Spojrzałam na facebook, funkcjonuje to bowiem prawie jak dziennik i zobaczyłam na początku życzenia, które wysłałam w świat:
Można po tym stwierdzić, że 2016 u mnie nie zawierał najlepsze doświadczenie, wręcz był to w moich oczach wtedy katastroficzny rok, gdzie się sypało, co mogło się sypnąć: praca, relacje z bliskimi, różnego rodzaju miłości, ciało moje oblegane było różnymi chorobami, jednym słowem: wielkie gówno.
Ale znalazłam w sobie siłę aby stwierdzić, że po coś jest nam to potrzebne, te bolesne, krzywdzące ukłucia, po których człowiek myśli, że już nigdy nie stanie na nogach.
Chciałam znaleźć w sobie jeszcze troszkę nadziei, że mimo moich trudnych doświadczeń i ponoszonych klęsk, coś może i musi być lepiej.
I jedyne co mi wpadło do głowy było to, że po coś to gówno nam jest potrzebne w życiu. Można go przekształcić. Przecież ze zwierzęcych odchodach stworzy się najlepszy kompost, więc dlaczego ludzkiego, życiowego gówna nie można przemieniać w życiodajną energię?
Tak przynajmniej innym, no i sobie życzyłam pierwszego stycznia. I patrząc na ten post z tego dnia jestem szczerze zaskoczona, że to życzenie przynajmniej mi się spełniło.
Wtedy w styczniu jeszcze nie wiedziałam, że dosłownie zwierzęce gówno, które wiosną miałam domieszać do ziemi mojego ogrodu, miało mi tworzyć żyzny grunt, w którym mogłam sadzić warzywa  i zioła, z których nawet teraz w grudniu jeszcze korzystam, bo robiłam mnóstwo przetworów 🙂

Wszystko zaczyna się w naszej głowie. Możemy, a wręcz musimy, wpłynąć na nasze myśli, które czasem zdarzają się być destrukcyjne. Trzeba  znaleźć w sobie siebie i mimo wielkich trudów nie dać się wyboksować z własnych torów. Ta nieustanna podróż przez wir chaosu wydobędzie na końcu ciebie, jak się tylko człowiek pozbędzie wszelkich ‘powinnaś to, musisz tamto’.
Tak przynajmniej w moim przypadku było.

Patrząc dalej w rok 2017 to miałam wokół siebie chyba panujące nad sobą siłę wyższe, które lekko mną kierowały.
Byłam niezadowolona ze swojego życia, utknęłam w miejscu, latem 2016 zwolniłam się z korporacji ale nadal nie miałam jakąś tam wymarzoną pracę, 6 lat już mieszkałam w Krakowie i oddychałam smogiem, byłam zagubiona i zatracona. Spokoju wewnętrznego nie znałam. Albo się schowałam na mieszkaniu, albo rzuciłam się bezmyślnie w miasto.

Więc stwierdziłam, że chcę podróżować i uciekać od tego przetłaczającego świata. Do Omanu. Bo gdzie znaleźć swoje szczęście jak nie w dalekich, egzotycznych podróżach?
Bilet był kupiony, plecak spakowany. Nad ranem znalazłam się na lotnisku. Odprawa była. Potem tylko pokazać paszport straży granicznej i już czułam, że w końcu się wydostanę od tej męki, zostawię tę zagubioną siebie w tyle i odfrunę. Szczęście moje było na wyciągnięcie ręki.
Ale straż graniczna mówiła ‘stop’. Dziś nie polecisz. Nie tym amerykańskim paszportem. Nie tym zagubionym charakterem. Spróbowałam się wykłócić i tłumaczyć, ale Panie w mundurach były nieugięte. Musiałam się wrócić.
Siedziałam jeszcze chwilę przy wydaniu mojego bagażu. Jednak nie da się swój bagaż życiowy tak sobie odprawić i zostawić, aby sam sobie leciał do Omanu. Musiałam go przyjąć z powrotem, brać na plecy i wrócić z nim do Krakowa.
Czekałam więc na ten bagaż wraz z miłą Panią z linii lotniczej, która mi mówiła, że może jeszcze nie było to czas dla mnie, aby lecieć. Przyjdzie jeszcze taki moment i abym się nie smuciła.
Więc co mi zostało zrobić? Wraz z koleżanką z Niemiec, która przeze mnie nie poleciała i razem ze mną teraz utknęła w Polsce, pojechałyśmy do mojej wioski w Beskidzie Niskim. Stwierdziłam, że jej pokażę moje rodzinne strony, bo ile można w tym Krakowie siedzieć i imprezować?
Ciocia Teresa akurat przyjechała z Niemiec i była w domu, aby się wziąć za wiosenne porządki. Był marzec, ale akurat trafiłyśmy na bardzo ciepłą i słoneczną falę. Kwiatki kwitły, ptaszki ćwierkały i spędzałyśmy nieoczekiwanie radosny czas. Z pracą.
Nie ma tu wielkich atrakcji, knajp albo imprez. Nie ma tu instytucji, które by Cię zabawiły. Trzeba tu samemu znaleźć  rozrywkę, a rozrywka tu dla mnie była praca koło domu. Palenie ogniska. Spacery po lesie i cmentarzach I Wojny Światowej. Pielęgnacja i pamięć grobów moich prapradziadków. Leżenie na kocyku i grzanie się w słońcu. Spontaniczna jazda na konnym wózku. Po prostu beztroska, która mi przypominała dni dzieciństwa.
Doznałam coś, czego się nie spodziewałam, że nie muszę daleko w egzotyczne kraje podróżować, aby znaleźć szczęście. Nawet w takiej miejscowości jak tu w tej małej wiosce mogę tego znaleźć.
Dom babci był do tej pora dla mnie takie miejsce, gdzie się  zjeżdżaliśmy z całą rodziną w wakacje. A teraz? Od tego momentu wiosną zaczęłam coraz częściej jeździć, nawet jak nikogo tam nie było. Chodziłam ciągle po naszym ogrodzie, łąkach i lasach, ale jedna rzecz mi nie dała spokoju. Że ta ziemia, którą babcia i dziadek wszelkimi siłami uprawiali i na której postawili dom, się marnuje.
Więc zaczęłam przekopać ogród własnymi rękami. Uparłam się, że nie pozwolę, aby ta ziemia się marnowała. Że zasadzę warzywa, nawet jak mają to być tylko marne marchewki dla mojego królika.
Podobało mi się ta praca gołymi rękami i własnymi siłami. Wyciągnęłam z tego ogromną satysfakcję. Więc latem stwierdziłam, że chcę więcej tego uczucia i spakuję swoje rzeczy, przeniosę  się na wakacje na wieś, aby się moimi grządkami i sobą zająć i po prostu odpocząć od miejskiego zgiełku.
Podobało mi się to życie. Rano o piątej wraz ze słońcem i piejącym daleko kogutem wstałam, aby chwasty zbierać, albo więcej grządek przygotować, albo przejść boso po łące do koni, aby je pogłaskać. Dusza i ciało odpoczęły. Uspokoiłam się wewnętrznie. Byłam zadowolona i szczęśliwa. Ale zbliżył się wrzesień i wraz z nim mój powrót do Krakowa. Dzień w którym spakowałam samochód aby wrócić do miasta rozchorowałam się całkowicie. Czyżby znak? Pakowałam dalej. Kwiatki zostawiłam w domu, bo chyba się podświadomie zdecydowałam, że tu za chwilę wrócę na stałe. Ale na początku jechałam wbrew swojej woli do miasta. Przybywając do Krakowa rozbolała mnie głowa. Dostałam przeogromnej migreny i nawet wymiotowałam. Czegoś takiego nie odczuwałam nigdy. Głośniej moje ciało nie mogło krzyczeć i wrzeszczeć wobec tego powrotu. Nasiliła się myśl o stałym zamieszkaniem na wsi. Decyzja o przeprowadzce na wieś była chyba jeszcze trudniejsza, niż w kwestii przeprowadzki z Niemiec do Polski. Ale ciało swoje trzeba słuchać. Brałam telefon do ręki i zadzwoniłam do mamy, aby ją poinformować. Nie była zadowolona. Bardziej w szoku. Że ona wszystko robiła, aby z tej wioski się wydostać, znaleźć dobrą pracę w Krakowie, potem się przeprowadziła do Niemiec, potem do Stanów Zjednoczonych, gdzie się urodziłam. A ja? Ja sobie wróciłam skąd ona pochodzi i którędy ona szła. Z Ameryki, do Niemiec, do Krakowa i do jej wioski.
Decyzja padła. Z Krakowem żegnałam się w ciągu miesiąca. Spakowałam się. Kilka razy w samym Krakowie się przeprowadziłam, ale tym razem było to dziwne uczucie. Byłam cholernie zmęczona, troszkę zaniepokojona, czy właściwą decyzję podjęłam, czy będę przygotowana na zimę na wsi, czy nie zatęsknię za moimi przyjaciółmi, za moją rodziną w Krakowie, za życiem miejskim. Czy nie poczuję się samotnie w tym ogromnym, pustym domu.
Ale skąd brać odpowiedzi jak nie z doświadczenia?
Przybyłam do domu. Przyjaciele mi pomagali przy przeniesieniu moich rzeczy. Nie byłam całkiem sama tutaj.
Ciocia Teresa mi też pomagała. Przygotowała wszystko na moje przybycie, ale jej już nie zastałam, ponieważ musiała wrócić do Niemiec. Za to pyszny bigos mi jeszcze zostawiła, bo wiedziała, że na gotowanie czasu nie będę  mieć w tych dniach przeprowadzki.
Wreszcie byłam na swoim miejscu. Wypakowałam swoją szczotkę do zębów i się kładłam spać, bo na nic innego siły nie miałam.
Od tego 24.09 wiele się zmieniło. Codziennie zasypiam zadowolona i szczęśliwa. Nie mam tej rozterki wewnętrznej, tego poczucia zagubienia. I choć z różnych powodów zdarza mi się być smutna lub niezadowolona, to wieczorem zawsze leżę w łóżku ze spokojem. Czuję się uziemiona. Mam wrażenie, że teraz nie tak łatwo mnie wyprowadzać z równowagi. Że jestem bliżej siebie i po własnych torach chodzę. Może te wielkie klęski w 2016 roku były potrzebne, aby mi pokazać, co w życiu mi zaszkodzi, czego nie chcę mieć i czego powinnam się pozbyć. Tak bardzo dostałam ciosy z każdej możliwej dziedziny życia, że zmusiło mnie to do określenie czego tak naprawdę chcę od życia i od samej siebie domagam. Dotarłam w końcu. Stworzyłam w tym roku pierwszy ogród własnymi rękami, zasadziłam tam warzywa, które urosły, które pielęgnowałam, chroniłam przed ślimakami. Może nie wszystko wyrosło, ale część tak. I byłam tak wdzięczna za to doświadczenie, że mogłam rano po rosie iść do grządek ze świeżo parzoną kawą w rękach, zrywać groszek cukrowy, cukinię, zioła. Przygotować sobie pyszne śniadanie i usiąść w ogródku aby je zjeść.
I choć boso już po łące nie chodzę bo zima nadeszła i nagle ta sielanka się ciut zmieniła, to nadal potrafię postrzegać te drobne piękności, które codziennie mnie rozpogodzą. Zima tu nie jest łatwa, bo dom jest trudny do ogrzania, ale jak mi dobra przyjaciółka mówiła: „Niedługo wiosna wynagrodzi ci te trudy zimowego życia i odwdzięczy się za Twoją pracę i odwagę”.
Dzięki mojej małej odwagi opuszczenia miasta i dużego wkładu pracy, rzeczywiście mogę twierdzić, że mi się własne życzenia noworoczne spełniły.

A na końcu mojej refleksji nad rokiem 2017 pozostaje mi tylko wyciągnąć taki wniosek, że trzeba bardzo uważać z tym co się woła do wszechświata, bo ten wszechświat nas czasem usłyszy  🙂

 

 

Please follow:
Facebook
Pinterest
Pinterest
Instagram
Twitter
Google+
http://heartandsoil.pl/wielkie-zmiany/
RSS

6 Replies to “Wielkie zmiany

  1. Moja bohaterka!!!! Od początku wiedziałam, że Ci się uda:przeprowadzka,założenie firmy,prowadzenie domu. A to dopiero początek, bo pamiętaj, że caly świat należy do Ciebie i tylko Ty decydujesz o tym, co robisz,gdzie jesteś i z kim przebywasz. Najważniejsze, żebyś była szczęśliwa i nieważne jest to czy to szczęście odnajdziesz w Krakowie, w Ameryce czy w Łuznej 😄😘😄

  2. Jest Pani niesamowitą osobą, która powinna pomyśleć o pisaniu książki, tak ciekawie czyta się wszystkie historię.
    Życzę Pani aby na tegorocznym, życiodajnym kompoście który powstał z zeszłorocznego gówna, wyrosło mnóstwo wspaniałej roślinności 🙂

    1. Dziękuję serdecznie Panie Romanie 🙂
      Też mam taką nadzieję, że w przyszły rok jeszcze więcej roślin mi wyrośnie, bo staram się uczyć na błędach 😉 Przygody w ogrodzie były rozmaite, więc zobaczymy, co 2018 rok przyniesie.

  3. przypadkowo natrafilam na ten tekst, to jakby wprost z mojej glowy!, wies,
    to temat , ktory od zawsze gdzies sie pojawia w duszy, a na jedno
    z pytan – jak przetrwac zime? – dzis poczytalam,
    Gratuluje decyzji, sily, prosze pisac , bede tu zagladac, zycze zdrowia i wszystkiego co potrzebne by zyc spelnionym !

    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa! Mam nadzieję, że skoro Pani nosi tę wieś w duszy, to żeby się też kiedyś urzeczywistniło Pani marzenie 🙂
      Życzę wszystkiego dobrego 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *