„Takie są uroki życia na wsi”. Część pierwsza.

No i stało się. To, czego się obawiałam przeprowadzając się na wieś i dlaczego sprzedałam swoją smukłą beemkę i kupiłam czteronapędowca aby mnie uchronił, się wydarzyło. Wyśliznęłam się na lodzie i wylądowałam w rowie.
Śnieg utrzymywał się już kilka dni i pokrywał nawierzchnię drogi białą warstwą, która raz tajała, potem zamarzła i tak przez kilka dni. Droga nie była zbyt przyjazna. Była zlodowaciała, chłodna, surowa, a raczej staram się unikać ludzie i rzeczy takimi cechami. No ale nie zawsze się da.
Wsiadłam więc do mojego czteronapędowca i jechałam powolutku. W jednym miejscu zjeżdża się ze stromej i lekko skrętnej górki. Obok niej bobry robiły sobie rezerwat przyrody. Widać ich tamy, przerzucone drzewa i przez nich woda z potoku prawie się rozlewa na drogę. Ale mniejsza z tym.
Na tej górce czułam, jak koła uderzają o lodowate koleiny. Hamowałam lekko, ale na lodzie nie miało to skutku. Zaczęła się huśtawka. Najpierw było to lekkie uderzenie kołem o koleiny, coraz mocnej aż mnie wyhuśtało z tych kolein. Coraz bardziej się pośliznęłam. Spróbowałam Foresterka wyprostować na drodze, ale on najwyraźniej był w humorze aby sobie tańczyć sexy tango na drodze. Coraz to szerzej się wybujał, coraz odważniej się kręcił, aż się obrócił całkiem na bok i wylądowaliśmy w rowie przednimi kołami.
Koniec tańca. Włożyłam wsteczny. Przecież to Subaru, więc z lekkością powinienen z tego rowu wyjść. A tu tylko fontanna błotna fruwa od wirujących się kół. Otworzyłam drzwi a tu widzę, jak Foresterek się położył brzuszkiem na ziemi.
Dobra. Wysiadłam. Patrzę dookoła a tu nikogo na horyzoncie tej białej krainie nie ma. Biorę komórkę i dzwonię do kolegi. Dowiedziałam się, że mam iść do jego ojca albo wujka i ciągnikiem który z nich mnie wyciągnie. Poszłam z powrotem pod tę górkę, z której zaczęło mnie tak wyrzucać, i o niemal sama się wyśliznęłam. Po prostu lód. Wujek mojego kolegi był akurat na zewnątrz i widząc, że jestem w potrzebie, poszedł po ciągnik. W międzyczasie inny samochód spróbował jechać pod górkę i w połowie stanął. Kobieta z dziećmi wysiadła. Koniec też dla nich. Drugi sąsiad przyszedł i ratując z sytuacji wyjechał jej samochodem.
Teraz przyszła pora na mnie – choć najpierw jeszcze inna sąsiadka wyszła na ulicy i w trójkę denerwowanym tonem rozmawiałyśmy o odpowiedzialności gminy i o tym, jak lekceważą prośby ludzi o odśnieżanie. Ale czasu nie wystarczyło, aby omawiać ten obszerny temat gminnego zaniedbania.
Trzeba było iść i wyciągnąć Subaru z rowu. Więc dwaj sąsiedzi ciągnikiem zajęli się moim samochodem. Niestety koła ciągnika się kręciły na miejscu i nic nie ruszyło. Utknęłam  na amen. Już widziałam obraz przed oczami, jak bobry sobie budują tamy z mojego Forestera.
Sąsiedzi się jednak nie poddali. Spróbowali dalej, lecz ciągnik na lodowatej powierzchni przyczepności miał zerowej i nie było jak się stąd ruszać.
Przy tej całej akcji jeszcze zablokowałam też ruch drogowy. Zatrzymał się czerwony sprinter i pięcioro mężczyzn wysiadło i pytali, czy mogą pomóc. Subaru nadal był łańcuchem przyczepiony do ciągnika, a cała gromada facetów brało się za samochód i chcieli go z rowu wypchać. Ale nic.
Sztychówka na ratunek! Ze sprintera wyciągnęli sztychówki, odkopali troszkę samochód i położyli błota pod koła ciągnika.
Następna próba.
Sąsiad na ciągniku gotowy. Mężczyźni złapali się samochodu a ja siedziałam w środku i trzymałam mocno kierownicy. I wreszcie się udało! Foresterek znów stanął czteroma kołami na drodze!
Ale tu moja przygoda się jeszcze nie skończyła.
Sprinter odjechał, ciągnik wrócił na swoje miejsce, a ja odpaliłam samochód i spróbowałam wyruszyć.
Subarynka głośnym hukiem, hałasem i klekotaniem protestowała. Kierownica żyła swoim własnym życiem i wybiła w lewo i prawo.
Coś jest tu nie tak. Zmartwiłam się.
Dojechałam do swojej koleżanki, zostawiłam samochód na parkingu i na nogach szłam do gminy.
Musiałam ich poinformować o tym, że przez zaniedbywania swoich obowiązków odśnieżania i wysunięcia lodu wylądowałam w rowie.
Tuptałam sobie mocnymi krokami w stronę gminy i coraz bardziej się złościłam, że zamiast pracować i działać na rzecz swojej nowo założonej działalności muszę się martwić  o samochód.
Nie wiedziałam do kogo to zgłosić. Ja do gminy idę tylko, gdy muszę worki na śmieci brać, więc poszłam na pierwsze piętro w strony sekretariatu, ale akurat były otwarte drzwi do pokoju, na których widniała kartka „drogi i mosty”. Trzech facetów tam siedziało i wesoło rozmawiali i się śmiali.
Mi, dziewczynie z Wesołowa, już do śmiechu nie było.
„Kto tu jest odpowiedzialny za drogę na Wesołów?”
Faceci się patrzyli z lekkim denerwowaniem na moją wkurwioną minę.
„A o co dokładnie chodzi?” – jeden pytał składając swoje dłonie jakby się modlił.
„Droga od kilku dni nie jest odśnieżona i przez to wylądowałam przed chwilą w rowie” – odparłam.
Twarz pana się wyluzowała i jakby kamień z serca mu spadła mi odpowiadał: „Ah to Pan J. z piętra niżej. Dokładnie pod nami siedzi. On jest odpowiedzialny za to. Niech Pani tam do niego idzie. Pan. J. Pokój pod nami.”
No to idę.
Pukam i wchodzę.
„Słyszałam, że to Pan jest odpowiedzialny za utrzymywanie drogi na Wesołów.”
„Tak.”
„Przed chwilą wylądowałam w rowie bo Państwa nie odśnieżaliście, ani nie posypaliście żużlem na tej drodze i przez to wyśliznęłam się na lodzie i wylądowałam w rowie!”
„Ja wiem. To ja Panią wypchałam z tego rowu.”
Świat jest mały, a na wsi mikroskopijny. Okazało się, że w tym sprinterze siedziała gromadka gminnych urzędników i m.in. zarządca dróg, Pan. J., który mnie wypchał, a do którego ja teraz wyskoczyłam z pretensjami. Sobie myślałam, że chyba już tak nie wypada się złościć do Pana, który przed chwilą ci uratował tyłek. No ale poinformować zawsze można. Więc miłym tonem czyniłam swoje…. To be continued.

Please follow:
Facebook
Pinterest
Pinterest
Instagram
Twitter
Google+
http://heartandsoil.pl/takie-sa-uroki-zycia-na-wsi-czesc-pierwsza/
RSS

2 Replies to “„Takie są uroki życia na wsi”. Część pierwsza.

  1. Ale historia!!. Aż adrenalinka skoczyła czytając cześć pierwszą!!. Jestem ciekaw finału akcji „Subaru w norze bobra” :).
    Kiedy miałem podobną sytuację w mieście, bez skrupułów pojechałem do Zarządu Dróg i Zieleni. Tam na drzwiach wisiała kartka „W sprawie dziury na Słowackiego” a pod nimi kolejka zdenerwowanych kierowców. ZDiZ jest ubezpieczony. Za nieodpowiednie utrzymanie stanu drogi musieli wypłacić mi odszkodowanie za dwa uszkodzone koła i amortyzator. Ale to miasto.
    Na wsi trzeba dbać o relację bo to przecież mała społeczność.
    Kiedy wyjeżdżając z domu na wsi, zjechałem z nieposypanej drogi gminnej i zasadziłem się na drzewie, byłem również wkur….. tak jak Pani. Natomiast biorąc pod uwagę, że z tymi ludźmi żyję jak w małej rodzinie, dogadaliśmy się tak: Pan pługowy który nie ogarnął swoich obowiązków na czas dorzucił się 50 % do naprawy a że była zima i mieli zapasy miodu z własnej pasieki, to jeszcze 10 słoików miodku :). Do tej pory mam również extra dodawane kilka jajek przy każdym zakupie i co jakiś czas smakowity przysmak z kuchni gospodyni domu. Cieszę się, że tak załatwiliśmy tą sprawę i żyjemy dobrze ze sobą.
    Natomiast jeśli Pani Gmina jest ogarnięta i podchodzą do tego w sposób miejski czyli zawiniliśmy, zdarza się ale od tego mamy ubezpieczenie to niech płacą z polisy :).
    Powodzenia Pani Jessico 🙂

    1. To prawda, że trzeba dbać o relacje, ale też o swoje bezpieczeństwo 🙂
      Dobrze słyszeć, że Pan się tak kulturalnie dogadał z Zarządcą. U mnie to troszkę inaczej wyglądało i sprawa jeszcze jest w toku.Ale mam nadzieję, że się też podobnie jak u Pana skończy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *